Trwa walka z czasem, aby Kamil Wilczek mógł wystąpić w najbliższym meczu z Jagiellonią. Jak informowaliśmy już w niedzielę, napastnik Piasta wrócił z Wrocławia ze złamanym nosem . Dokładnie Wilczek ma pękniętą przegrodę. Zanim kość się zrośnie, minie kilka tygodni. W tej sytuacji zawodnik mógłby grać tylko w specjalnej masce o którą zresztą już się stara.
– Sprawa wygląda tak, że lecę do Hanoweru po odlew i ochronną maskę. Nie wiem, jak szybko da się ją otrzymać. Bardzo chciałbym zagrać w sobotnim meczu z Jagiellonią. Bez maski jest to niemożliwe, gdyż będę musiał jej używać przez najbliższy czas – mówi w rozmowie z portalem katowickisport.pl Wilczek.
Patrząc z boku można by powiedzieć, że Wilczka prześladuje pech. Miał już rozbity łuk brwiowy, wybity ząb, a teraz nos. To jednak jest konsekwencja tego, że zawodnik Piasta w każdym meczu walczy jak prawdziwy wojownik. Nie odstawia nogi, a szczególnie głowy w powietrznych starciach. W meczu ze Śląskiem takich powietrznych pojedynków stoczył kilka. Piłkarz żałuje tylko, że fauli na nim nie widzą sędziowie.
Walki się nie boję, ale najdziwniejsze jest to, że większość tych zdarzeń sędziowie jakoś nie widzą. Dostaję w twarz i nie ma nawet faulu. To nie pierwszy raz, gdy arbiter puszcza grę, kiedy jestem ewidentnie faulowany. Teraz muszę w błyskawicznym tempie zrobić sobie maskę, inaczej z Jagiellonią nie zagram – dodaje pochodzący z Wodzisławia piłkarz
Opracowanie piast.gliwice.pl
Więcej na katowickisport.pl






















Sędziowie nie widzą lub nie chcą widzieć fauli. Podobnie często bez gwizdka ie widzą fauli na Rubenie. Ale gdy tylko któryś z naszych nawet lekko fauluje od razu gwizdek. Mam obawy,że niestety stronniczość sędziów jest i często decyduje nawet o końcowym wyniku.
Ale wstyd. Daliście zdjęcie górnika. Trzeba było dać zdjęcie Oleksego.